«

»

Polskie impresje

Rok 1996 zaznaczył się w moim życiu w specyficzny sposób. Zaczął się bardzo źle, powodem tego była kwestia osobistego zdrowia. Jako dobry wieśniak wiem, że po okresie czarnych chmur i burz nadchodzi zawsze promień słońca, który przecina te ciemne sklepienia. Tym promieniem słońca rozpraszającym nagle zasłonę niepokoju i smutku była perspektywa podróży do Polski. Kiedy takie wydarzenia nadchodzą, samopoczucie wypogadza się, a nadzieja przyśpiesza wyleczenie.

Polskie impresje 1
fot.1 H. Richard, M. Leszczuk

Kiedy mój przyjaciel Louis wyjaśnił mi powody naszej podróży na polską ziemię, z trudem wyobrażałem sobie chwilę, kiedy to się urzeczywistni. Stało się to dopiero wtedy, kiedy polska delegacja przybyła do mnie z wizytą w celu dopracowania pewnych formalności ‒ zdałem sobie sprawę z roli, którą mamy do wypełnienia w rolnictwie polskim. Była to dla mnie wizja wzbogacenia się w nowe odkrycia w kraju, który nie był mi całkiem nieznany, ale o którym wiedziałem bardzo mało, a szczególnie nawiązanie nowych przyjaźni z ludnością, której odwagę mogłem podziwiać sześćdziesiąt lat temu, odwagę, wolę, siłę pracy, zrozumienie, uprzejmość, abnegację niektórych ze swoich dzieci ekspatriowanych do nas w celu niesienia nam pomocy.

Tego wielkiego dnia, 11 lipca 1996, nasza mała grupa, w której skład weszli Louis Debelle, Michel Godard, François Fircowitz, jego córka Barbara oraz ja sam, wsiedliśmy na pokład samolotu na lotnisku Charles de Gaulle.

Podróż airbas’em A 320 upłynęła niezwykle przyjemnie. Po dwóch godzinach lotu wysiedliśmy na lotnisku w Warszawie gdzie oczekiwał nas nasz przyjaciel Ryszard Maj. Zaraz po naszym przybyciu przewidział szybkie ale interesujące zwiedzanie polskiej stolicy oraz wynajął mały autokar na całość przejazdów w czasie naszego pobytu. W Warszawie mieliśmy przewodnika. Nasze pierwsze wrażenie z lotniska, ale cóż można zobaczyć by zdać sobie sprawę z czegoś?, było raczej smutnawe.

Natychmiast, muszę to przyznać, to pierwsze wrażenie zaczęło rozpraszać się z biegiem kilometrów, wizyt, kontaktów, i pozostało wrażeniem płytkim i przelotnym.

Więc, Warszawa: zebraliśmy, przez tą małą ilość czasu przeznaczoną na wizytę, najważniejsze informacje oraz zwiedziliśmy główne zabytki, oprowadzani przez panią przewodnik, osobę bardzo przyjemną, uśmiechniętą ale szczególnie niewyczerpaną studnię historii, prawdziwą encyklopedię ze wspaniałą znajomością języka francuskiego. Było prawdziwą przyjemnością słuchanie jej gdy opowiadała o Szopenie i jego muzyce, gdy mówiła o drodze krzyżowej tego męczeńskiego miasta w 1944 roku. Pozwoliło mi to odnaleźć pewne gesty z tego okresu, gdy bez wiedzy okupantów słuchaliśmy Londyńskiego radia, które chociaż zakłócane, podawało nam dzień po dniu główne informacje z heroicznego oporu Warszawy.

Wizyta ta pozostanie złączona ze wspaniałymi wyjaśnieniami naszego przewodnika, który zaprezentował nam miasto poprzez miłość do swojego ojczystego kraju, przejawiającą się we wszystkich jego komentarzach.

Z dużym opóźnieniem opuściliśmy Warszawę. Przed nami było co najmniej 200 kilometrów do naszego hotelu.

Polska wieś, miasta i wioski defilowały przed naszymi oczyma. Nie mieliśmy nawet czasu by wyobrazić sobie realne życie i wykonaną prace. Prawie w nocy zatrzymaliśmy się na dosyć dużej farmie. Wielkie kawałki ziemi z obiecującymi zasiewami, zwłaszcza zboże i buraki, w cebuli było wiele braków wynikających zapewne z nadmiaru wody w lessowej ziemi, która dość łatwo ulega erozji. To właśnie tu doświadczyliśmy hojnej polskiej gościnności.

Ciasteczka przygotowane specjalnie i …wódka …przede wszystkim to jest dobre, rozjaśnia umysł i rozwiązuje język. W takiej wesołej atmosferze odbyła się nasza wizyta u Państwa Galickich w Bogusławicach. Myślę szczerze, że silne więzy przyjaźni zawiązały się między nimi i nami. To był już dobry znak. Bardzo późno przybyliśmy do hotelu gdzie z nieskończoną cierpliwością oczekiwał nas profesor Zioło ze swoimi przyjaciółmi. Szybka kolacja, potrzebowaliśmy dobrej nocy aby wypocząć i być świeżymi i dyspozycyjnymi na drugi dzień, który w naszych oczach miał być bardzo ważny.

Byliśmy w województwie Tarnobrzeskim. Bardzo szybko przebyliśmy trzydzieści kilometrów, które dzieliły nasz hotel od domu kultury w czarującej miejscowości Trzydnik Duży. Po przybyciu zostaliśmy powitani przez lokalne władze jak również przez wybitnych przedstawicieli z Uniwersytetów w Krakowie i Lublinie, przy akompaniamencie melodii granych przez muzyków w regionalnych strojach. Tak bardzo ceniłem ten gest ponieważ poprzez te ładne a zarazem wesołe melodie czułem drżenie Duszy głębokiej Polski. Jednak był to początek niespodzianek ponieważ zaraz przed wejściem na salę bardzo ładne młode dziewczyny wręczyły każdemu różę: delikatna i wzruszająca intencja, obraz na zawsze utrwalony w naszych sercach. To jeszcze nie wszystko, na oficjalnym stole znajdowały się dwie flagi francuska oraz polska, być może po to by przypomnieć o związkach przyjaźni łączących zawsze nasze narody. W końcu, a jakie to było wielkie zaskoczenie, zobaczyłem napisaną po francusku na ścianie, moją własną definicję Współpracy Rolniczej. Nie mogłem sobie wyobrazić nawet przez chwilę , że będę tak uhonorowany. Radość, którą podzielałem z trójką przyjaciół francuskich. Ambasadorowie Dobrego Boga nie byliby przyjęci lepiej niż my tego doświadczyliśmy.


fot.2 L. Debell, H. Richard, Z. Zioło, K. Zając

Po zwyczajowej prezentacji mogła zacząć się konferencja. Nie oczekujcie ode mnie abym przedstawił jej chronologiczny przebieg. Najważniejsze jest, jak myślę, co z tego zyskaliśmy, głębokie uczucia, które zachowamy i które z perspektywy czasu pragniemy wyrazić.

Najpierw miejsce! Bardzo sympatyczny dom kultury w Trzydniku Dużym, biesiadny oraz bardzo dobrze dostosowany do prac, które mieliśmy prowadzić. Mieliśmy wszystko na miejscu. Wielka sala na spotkania oraz sale dodatkowe gdzie mogliśmy odprężyć się, zaspokoić pragnienie oraz nabrać sił. Co więcej trzeba? To nie zawsze w najładniejszych pałacach powstają najużyteczniejsze akcje. A poza tym jesteśmy tylko skromnymi wieśniakami, bardzo słabo przyzwyczajonymi do luksusowych przepychów.

Organizacja! Byliśmy zaskoczeni jak była starannie przygotowana. Najmniejsze szczegóły dokładnie przemyślane, każdy z uczestników otrzymał dokumentację wraz z naszymi wystąpieniami przetłumaczonymi na język polski, by były należycie zrozumiałe. Długopisy specjalnie przygotowane na konferencję. Młode tłumaczki, a to co nam sprawiło podwójną przyjemność, to wybór młodych studentek języka francuskiego, co było korzystne dla nas i dla nich.

Ich sympatia i kompetencje oczarowały nas prawdziwie. Czas pracy przerywany czasem pożytecznej i przyjemnej przerwy pozwolił, mimo dużej ilości spędzonych godzin, nie spostrzegliśmy tej długości, wręcz przeciwnie.

Audytorium! Różnorodne ze względu na zawodowe pochodzenie, było bardzo cierpliwe i spokojne. Uczestnicy obecni w czasie trwania obrad, uważni na to, co się mówiło. Przybyli, by dowiedzieć się czym jest Współpraca Rolnicza we Francji, jak funkcjonuje u nas spółdzielnia a zwłaszcza stosunki między instytucją i członkami. Nikt nie wychodził, wszyscy uczestniczyli w tej konferencji niezawodnie z dużą, dużą uwagą. Tak, że obrady, w których uczestniczyli, nawet, jeśli na początku był mały czas wahania, co jest normalne, ponieważ trudno jest mówić pierwszemu. Były to obrady wysokiej jakości przez przenikliwość pytań, nieustanną troskę, by dobrze zrozumieć mechanizmy Rolniczej Europy w stosunku do rolników francuskich. Mówię to szczerze, wydawało mi się często, że jestem na Zgromadzeniach Ogólnych SCARA. Oczekując na pytania od naszych polskich przyjaciół, słyszałem współpracowników SCARA, z czymś ponad, a to udział w dyskusji polskich kobiet. Było mi miło widząc z jakim szczęściem wnoszą swoją roztropną pomoc do dyskusji, jest to dla Polskiego Rolnictwa znak dobrej wróżby. Wizja rzeczy, którą mają, często nie jest tą samą, którą mamy my, mężczyźni, często jest ona pomocna i uzupełniająca. Brawo Panie!!!


fot.3 M. Woźniak, A. Fajferek, K. Zając

Kiedy konferencja się zakończyła, bardzo późno wieczorem, moi francuscy przyjaciele i ja, postawiliśmy sobie to pytanie: czy dobrze spełniliśmy misję, której oczekiwali od nas nasi przyjaciele Maj, Zioło, Woźniak i inni tak sympatyczni profesorowie? Mamy taka nadzieję. Po prostu zasialiśmy dobre ziarno Współpracy, teren Polski jest pierwszej jakości, ludzie tu są ochoczy, odważni i mają zaufanie do wszelkich prób. Z czasem zbiór powinien być dobry. By im pomóc w tym zadaniu, będziemy zawsze u ich boku. Po tym jak zrealizowaliśmy całość, nie możemy absolutnie już być obcymi jedni dla drugich.

Pewne jest, że spółdzielnia potrzebuje współpracowników, więc trzeba, żeby rolnicy wyposażali się ale spółdzielnia również potrzebuje kapitałów, by poprawnie funkcjonować. I tu trzeba również, by rolnicy inwestowali pieniądze, to jest sprawa pierwszorzędnej wagi.

14 lipiec, Narodowe Święto Francji, świętowaliśmy w Krakowie. Rano zwiedzanie wspaniałej kopalni soli w Wieliczce. Robiące wrażenie zejście schodami na głębokość 150 metrów pod ziemię, ogromne sale, solne pomniki, solne dzieła sztuki, muzeum kopalni z wielkością i biedą wszystkich, którzy tu pracowali, udręczonych i być może którzy tu zmarli. Nie zapomnę nigdy tej wizyty, tak samo jak nie zapomnę naszego przewodnika, wspaniale operującego językiem francuskim oraz z humorem, którego mogliby pozazdrościć niektórzy z naszych artystów kabaretowych.

Popołudnie 14, to zwiedzanie z przewodnikiem, którym była również osoba bardzo kompetentna w swojej dziedzinie i umiejąca mówić bardzo dobrym francuskim. Zbytecznym jest powiedzenie, że bardzo podobało mi się to odkrywanie miasta Krakowa. Moje umiłowanie do historii było tego przyczyną. Nie zapomnę nigdy tych odkryć, które zrobiłem, architektura, zabytki, muzea, historia Polski, która czasem jest powiązana z historią Francji. Wiara czysta i żywa tego narodu, który mnie oczarował. Wreszcie nazajutrz znaleźliśmy się na lotnisku w Warszawie w celu powrotu do Francji. Odprawiliśmy nasze bagaże. Oto zawsze uśmiechnięta i czarująca Magda przyszła z paczką w ręce. Nasz przyjaciel Ryszard Maj, jej ojciec, wziął paczkę i mi podał. Ostatni prezent przed odlotem i to jaki! Kasety z licznych koncertów Szopena. Nie mogli mi sprawić większej przyjemności. Teraz kiedy jestem zmęczony po całym dniu, daleko od świata i hałasu, siadam wieczorem w fotelu i słucham pobożnie boskiej muzyki Wielkiego Fryderyka. Każdy ton wpada mi do uszu z echem dowodów przyjaźni, o których zapewniali nas wszyscy, z którymi się spotkaliśmy. Razem zapisaliśmy piękną stronę Historii Rolnictwa naszych dwóch krajów. Gdy pogłębiam sens całej tej pracy wspólnie wykonanej, dziękuję Bogu, że nam dał do zrozumienia, jak może być piękna Historia narodów, kiedy Ludzie piszą ją swoim sercem.

Hubert Richard
To co napisałem, to są również myśli moich przyjaciół Louis, Michel i François.